Kocham piękne rzeczy. Unikatowe, często robione ręcznie albo podarowane intencją. Uwielbiam coś, co symbolizuje inną kulturę lub jej tradycję. Coś, co oddaje charakter społeczności. Lubię takie rzeczy. Przywożę je z podróży. Nie mam tego zbyt wiele, jednak kiedy już coś posiadam, przywiązuję się. Dbam o to. Niektóre rzeczy są u mnie kilkanaście i więcej lat. Rzeczy materialne poszerzają horyzonty, ale mogą też ograniczać doświadczenia w życiu. Jak?
Przywiązanie do rzeczy materialnych czy więcej czasu, wolności umysłu i ciała?
Gdy miałam 22 lata wyjechałam do Australii na kilka miesięcy. Zapisałam sobie wówczas 2 cele, które chciałam zrealizować podczas wyprawy na antypody. Wszystko to, co działo się pomiędzy było tajemnicą i zbiegiem przypadkowych zdarzeń, dialogów, spontanicznych decyzji i jeszcze bardziej spontanicznych zaproszeń.
Mieszkałam u burmistrza Sydney i w squacie w Melbourne, przeszłam na piechotę 1/3 Tasmanii i przejechałam okolice Blue Mountains (pierwszy raz w życiu wypożyczając samochód), pracowałam na farmach i medytowałam w świętych miejscach aborygenów.
Tam pewna kobieta opowiedziała mi o swoim doświadczeniu, które zmieniło jej podejście do ubierania się i zakupów. Nemi, mieszkała wraz z mężem i dwójką dzieci w okolicach Blue Mountains. Umówiła się ze sobą, że przez rok będzie posiadała tylko dwa komplety ubrań. W jednym będzie chodzić, a drugi prać i suszyć, by był gotowy, gdy ten pierwszy się zabrudzi.
Podzieliła się ze mną swoimi spostrzeżeniami:
Po roku doświadczenia, a tak naprawdę po trzech, bo przedłużyłam je o dwa kolejne lata, zrozumiałam, że wbrew pozorom kupuję ubrania dość często, co kilka tygodni, czasami miesięcy. Ich ciągła eksploatacja niszczy je. Z tego doświadczenia zyskałam ogromną ilość czasu. Dotychczas zastanawiałam się świadomie lub podświadomie: „Co dzisiaj założyć?”, „Czy jedno pasuje do drugiego?”, „W czym mi lepiej?”. Nie mówiąc o czasie poświęconym na segregowanie i układanie rzeczy w szafie. Oprócz czasu zyskałam też wolność umysłu i ciała. Przestałam poświęcać ubieraniu uwagę, ciesząc się chwilą
– powiedziała mi Nemi Nath, niesamowita kobieta, trenerka pracy z oddechem, terapeutka, nauczycielka medytacji i jogi w centrum „Breathconnection” w Nowej Południowej Walii. Od kilkudziesięciu lat badaczka świadomości i uznana pionierka pracy transformacyjnej na świecie. Wtedy na mojej drodze – bardzo ważna osoba.
O lekcji, która przepadła wraz z kapeluszem
Drugą historię usłyszałam od jednego z podróżników, który wyruszył do rdzennych kultur zamieszkałych w wysokich górach Ekwadoru.
Lokalny członek starszyzny, szaman, tak się zachwycił jego białym kapeluszem, iż powiedział, że chciałby go mieć. A jeśli podróżnik zgodzi się go podarować, on odwdzięczy się, ucząc go tajemnic kultury. Mężczyzna jednak nie chciał rozstać się z kapeluszem. A myśląc, że za chwilę znów pojawi się okazja do głębszego poznania lokalnej tradycji, odmówił wymiany.
Taka okazja pogłębienia wiedzy o tradycji już się nie pojawiła. Dodatkowo, na jednym z postoi zerwał się silniejszy wiatr i zwiał z jego głowy ów biały kapelusz.
Przepadła lekcja, przepadła rzecz.
Jak oddałam cenne dla mnie przedmioty materialne i co dostałam w zamian?
Te dwie historie sprawiły, że 8 lat temu zdecydowałam się na pewną umowę. Umowa trwała rok. To umowa sama ze sobą. Zasada była prosta, i tylko ja o niej wiedziałam.
Jeśli ktoś zachwyci się czymś, co noszę na sobie lub posiadam, i zapyta: „Gdzie mogę to kupić?” lub po prostu będzie chciał to mieć, to wówczas oddam to tej osobie w prezencie. Bez względu na to jak bardzo unikatowe to jest dla mnie, od kogo to otrzymałam, czy ile za to sama zapłaciłam. Ta rzecz nie będzie już należała do mnie.
W ten sposób sprezentowałam wiele swoich rzeczy. Czasami wypowiadając słowa: „Weź, to dla Ciebie”, czułam jednocześnie radość jak i smutek rozstania. Czasami miałam poczucie pustki i bezsensowności całości umowy.
Mijały miesiące i coś się zmieniało. Zaczęłam otrzymywać. Otwartość innych zaskoczyła mnie. Nawet Ci, których znałam, przemienili swoje podejście do mnie. Obdarowany dzielił się czymś, co miał, a czego ja nie mogłam w danym momencie stworzyć lub wiedzieć: kontaktem do przyjaciela, masażem, słoikami konfitur, własnym czasem, oprowadzeniem po swoim regionie, czy doświadczeniem.
Porzucenie mojego przywiązania do pięknych i unikatowych rzeczy było bolesne i trudne dla mnie. Zmieniło jednak moje życie. Pokazało mi, że każda rzecz to tylko wymiana energii. Po roku wiedziałam już, że nie chodzi o to, żeby wszystko oddać światu, lecz o to, by rozluźnić się w wymianie ze światem. Że kiedy jedno odchodzi, coś innego pojawia się w to miejsce. Coś, co na nowo nas zmienia i rozwija. Coś, co poszerza nasze zrozumienie świata i innych.
Czy zdarzyło ci się otrzymać coś niespodziewanie, albo podarować coś bardzo ważnego? Co myślisz o przywiązaniu do rzeczy materialnych?
Podobne artykuły
Polecane wyprawy
Wyjątkowe wyprawy poza utartymi szlakami, warsztaty fotograficzne w klimatycznych miejscach i podróże w rytmie slow, które celebrują lokalne tradycje.

